Chcieć to móc…

Jakiś czas temu, robiąc porządki w starych dziennikach, zeszytach i teczkach natknęłam się na ciekawy wpis. Znalazłam list, który napisałam do siebie siedem lat temu. Miałam wtedy 23 lata, zrobiłam sobie przerwę na studiach (między licencjatem, a magisterką), aby móc opiekować się i być przy upadającej na zdrowiu ukochanej babci. Babci, która pomogła w moim wychowaniu, która była dla mnie, jak druga mama, która całe życie chroniła mnie przed złem tego świata, która pokazywała, że nie warto przejmować się głupotami, która była radością, ostoją i jasnością w tym szarym świecie. To właśnie w tamtych czasach osiągnęłam apogeum swojej wagi. Byłam niczym Słoń Benjamin (pamiętacie Słonia Benjamina, tego uroczego ale jakże niezdarnego zwierzaka?), ważącym grubo ponad 100 kg. Od zawsze borykałam się z nadwagą, ale nigdy z otyłością III stopnia. Będąc studentką, która jadła „gotowce” ze sklepowych półek, która wolała opędzlować pizzę niż przygotować zdrowy obiad, która pochłaniała niewyobrażalną ilość słodyczy i, która piwkowała zdecydowanie częściej niż tylko weekendowo, przerodziłam się w monstrum. Uśmiechnięte monstrum. Waga była moim pancerzem i wymówką. Na nią zwalałam wszystkie swoje niepowodzenia.

Kiedy wróciłam do domu i okazało się, że największe spodnie są na mnie za małe, że mam problemy z zawiązaniem sznurówek, że łapię zadyszkę, gdy wchodzę na pierwsze piętro i dopadają mnie nocne duszności, powiedziałam: DOŚĆ. Z dnia na dzień wzięłam się za siebie.  Nie czekałam na nowy tydzień, nowy miesiąc czy rok. Albo teraz albo nigdy – pomyślałam.

 

 

Powyższy wycinek moich myśli jest dowodem mojej wygranej. Od zawsze pragnęłam być szczupła. Podejmowałam wiele prób walki o lepszą siebie. Większość z nich kończyła się fiaskiem. Aż do momentu nadejścia TAMTEGO dnia, kiedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Co prawda nie zaczęłam zbyt rozsądnie, bo dieta Dukana nie była zbyt mądrym posunięciem, ale ruszyłam, coś zrzuciłam i znalazłam sposób na siebie: liczenie kcal.

Zrzuciłam upragnione 30 kg. Stałam się zajebistą laską (bo grunt to kochać siebie w całej okazałości). Wywalczyłam zdrowie. I znalazłam miłość swojego życia. Akurat tego ostatniego nie utożsamiam z faktem schudnięcia. Byłam tak bardzo przekonana i pochłonięta myślą, że nikt nie pokocha grubasa, że jestem obrzydliwa dla płci przeciwnej, że mężczyźni widzą we mnie tylko kumpelę, że nie mam nic do zaoferowania. Uwierzyłam w to wszystko, co sobie wmawiałam i być może przez to przegapiłam wiele pierwszych randek, uniesień, niewinnych spojrzeń i miłostek. Mimo, że mojego M. poznałam, będąc odchudzoną wersją siebie wiele czasu zajęło mi, aby uwierzyć, że jestem piękna od zawsze i warta prawdziwej miłości. Mój M. pomógł mi pokochać siebie. Wiele prawdy jest w stwierdzeniu, że jak ktoś ma nas pokochać skoro sami siebie nie kochamy… Niska samoocena można zrujnować nam życie. Naprawdę nie warto zadręczać się takimi gównianymi myślami. Nie można się odcinać od świata w obawie przed skrzywdzeniem i bólem. I te uczucia są nieuniknione i wpisane w nasze człowieczeństwo. Dziś wiem, że wiara w siebie potrafi czynić cuda i pomaga spełniać marzenia.

Powyższy wpis z mojego pamiętnika jest dowodem na to, że ciężka praca popłaca. Cieszę się, że kiedyś znalazłam w sobie tyle odwagi, aby otwarcie napisać o swoich odczuciach. Fajnie jest po latach powiedzieć: cholibka, zrobiłam to, osiągnęłam swój cel! Niesamowite uczucie.

Niech więc moja historia będzie dla Was motywacją i nadzieją. Możecie odmienić swój los w każdej chwili. Przy odrobinie wiary i ciężkiej pracy możecie sprawić, że zdarzy się cud. Bo cuda naprawdę się zdarzają ;-). Tylko trzeba im dopomóc…


Grubaska.

Jedna myśl na temat “Chcieć to móc…

Dodaj komentarz