Moja metamorfoza: WZLOTY I UPADKI

Witajcie Kochani ;-)

Czas na dalszą opowieść o mojej metamorfozie. Dziś opowiem Wam o moich wygranych i niepowodzeniach. Wszyscy dobrze wiemy, że walka z nadwagą to ciężka, długotrwała i wymagająca wielu wyrzeczeń droga. Droga, w trakcie której jesteśmy wystawiani na cały szereg prób. Droga, w trakcie której miewamy swoje wzloty i upadki. Jak to było ze mną?

Naj­większym po­wodem do chwały nie jest to, że nig­dy nie upa­damy, ale to, że pot­ra­fimy się po upad­ku podnieść. Konfucjusz

Kiedy zdobyłam tytuł licencjata zrobiłam sobie roczną przerwę od studiów, nauki. Wróciłam do domu rodzinnego z dodatkowymi 20 kilogramami. Kilogramy oczywiście nie wzięły się z powietrza. Jadłam niezdrowo o różnych porach. Fast-foody, słodycze, gazowane napoje i alkohol były moimi dobrymi znajomymi. Znajomymi, którzy zesłali mnie na manowce. Zawsze miałam nadwagę, ale tym razem przeszłam samą siebie. Miałam 22/23 lata, wyglądałam jak ‚stara-maleńka’, a momentami czułam się jak schorowana staruszka. Wiedziałam, że muszę coś ze sobą zrobić, ale między zdawaniem sobie z tego sprawy, a konkretnym działaniem była jeszcze długa droga.

Kolejne spodnie (największe jakie miałam, a większych nie mogłam dostać w sklepie) robiły się ciasne, przecierały się w kroku, a waga pokazywała ponad 100 kg. Zdecydowałam się na pomoc dietetyka. Dostałam rozpisany jadłospis i miałam rozpocząć nowe, zdrowe życie. Wszystko to trwało jakiś tydzień. Rzuciłam dietowanie w cholerę i wróciłam do tego, co było. Mijały kolejne miesiące, aż tu nagle z dnia na dzień postanowiłam, że podnoszę się i działam na własną rękę. Porozmawiałam z rodzicami. Powiedziałam, że potrzebuję ich pomocy, ich wsparcia. Otworzyłam się przed nimi. I tak oto rozpoczęłam nowy etap swojego jestestwa. Co robiłam? Jak działałam? O tym pisałam w poprzedniej notce więc odsyłam Was do niej [link].

Wiecie, po tych latach walki o siebie dotarła do mnie jedna, bardzo istotna rzecz. Przez bardzo długo okres czasu, w właściwie przez większość swojego życia, traktowałam odchudzanie jako karę, jako katorgę, jako przymus. Byłam przekonana o tym, że w krótkim czasie schudnę sporo kilogramów, a co więcej skoro już tyle schudnę to będę szczupła na wieki, wieków, amen. Wydaje mi się, że takie głupkowate myślenie skazywało mnie już na samym początku na niepowodzenie, na porażkę.

Ostateczną zmianę swojego życia rozpoczęłam wiosną 2012 roku więc oficjalnie mogę świętować kolejny rok swoich zmagań. Trzy lata. Wow. Kiedy ten czas zleciał? Gdyby wtedy, ktoś powiedział mi, że za trzy lata będę ważyła prawie 60 kg to zdecydowanie parsknęłabym śmiechem i stwierdziła, że ten ktoś sobie ze mnie żarty robi.

Pamięć człowieka mimo wszystko jest dość ulotna więc nie pamiętam wszystkich moich gorszych momentów. A może to i dobrze?

Wiem też, że zmiana nawyków żywieniowych, liczenie kalorii pozwalało mi trzymać swoje życie w ryzach. Dużo planowałam, przewidywałam i dzięki temu nie napadałam na lodówkę i nie wyżerałam całej jej zawartości. Robiłam sobie urodzinowe, weselne cheat day’e i wtedy też pozwalałam sobie na odrobinę więcej niż dotychczas.

Moi znajomi wiedzieli o moich zmaganiach więc dzięki temu uniknęłam też sporo „kłótni” w stylu: „zjedz ten kawałek pizzy, przecież nic Ci się nie stanie”. Ok, może na początku zdarzały się takie uwagi, ale jak zobaczyli, że tym razem działam na 1000%, że tym razem to nie jest tylko dieta, a raczej przeistaczanie złych nawyków w dobre, to dali mi spokój ;-).

Upadki zwykle miały miejsce w momentach, w których pozwalałam sobie na alkohol. Alkohol wyzwalał, wyzwala ze mnie niepohamowaną ochotę jedzenia. Czułam się wtedy niczym wygłodniały bożek, który mógł jeść wszystko, co miał pod rękę. No dobra, prawie wszystko ;-). Była taka jedna impreza, taka jedna sytuacja, która przerwała moje zmagania na tydzień. I wtedy też dotarło do mnie, że koniec z zakrapianymi wypadami. Odstawiłam więc %% i działałam dalej.

Pamiętam, że kiedy wróciłam na studia magisterskie, byłam już po pierwszym etapie przemiany. Zrzuciłam ponad 20 kg, czułam się świetnie w nowym ciele. Cieszyłam się nadchodzącymi zmianami, ale miałam także pewne obawy. Dobrze pamiętałam o tym, że przytyłam na licencjacie aż 20 kg. Nie chciałam wracać do tamtych czasów.

I cóż mogę rzec. Jadłam zdrowo, jadłam dość systematycznie i… nadeszły czasy jedzenia „w kratkę” i piwkowania. Tydzień zdrowego jedzenia, tydzień z fast-foodami. W trakcie miesiąca, a może dwóch przytyłam 3 kg. Nie chwaliłam się tym ani na blogu, ani w domu. Zwyczajnie w świecie było mi wstyd, że popełniłam tyle błędów. Tak właściwie to pierwszy raz, kiedy o tym wspominam. Nie chciałam efektu jo-jo, nie chciałam mieć znów tych problemów, które miewałam dawniej. Upadłam, ale podniosłam się. Działałam ze zdwojoną siłą i chudłam..

Poradziłam sobie z tym. To nie tak, że nigdy więcej nie miałam w buzi, np. kebaba. Pewnie, że miałam, ale podeszłam do sprawy w sprawdzony, dobry sposób. UMIAR! Raz na jakiś czas – ok, ale nie codziennie!

Zagubiłam się na krótką chwilę, ale wyszłam z tej sytuacji obronną ręką.

Jestem normalnym człowiekiem. Człowiekiem, który miewa gorsze dni. Człowiekiem, który popełnia błędy. Człowiekiem, który czasem się za siebie wstydzi. Człowiekiem, który potrafi spojrzeć prawdzie w oczy. Wiem, że jestem silna. Wiem, że walka, którą toczę ma sens. Wiem, że moją siłą jest to, że potrafię wracać na właściwe tory, że prędzej czy później potrafię wyciągać wnioski ze złych sytuacji.

Piszę tę notkę w dobrym momencie. Marzec był właśnie takim miesiącem w kratkę. Pod względem jedzenia nie mogę sobie wystawić pozytywnej, dobrej oceny. Przez pięć dni  w tygodniu byłam wzorową promotorką zdrowego stylu życia, z kolei weekendy psuły moje starania. I tak oto kręcę się w kółko. Kręcę się po to, aby TU I TERAZ powiedzieć, że koniec z tym.

-Właśnie teraz lecisz.
-Ja spadam!
-Każdy lot zaczyna się spadaniem – powiedziała wrona. George M.M Martin 

Czuję się… oczyszczona. Czuję się lżej. Czuję się pełna energii do dalszego działania. Czuję się gotowa stawić czoła kolejnemu weekendowi, który tym razem mnie nie złamie. Szczerość ze sobą to podstawa do bycia szczęśliwym. Jeśli więc upadłeś – porozmawiaj ze swoim odbiciem w lustrze. Nie bój się go.

Pamiętajcie: nie ważne ile razy upadacie. Najważniejsze, że potraficie wyciągnąć wnioski ze swoich porażek. Najważniejsze, że działacie dalej. Przeszłość niech pozostanie przeszłością. Idźcie do przodu. Idźcie po swoje. Chodźmy razem!

A może to właśnie upadki dały mi moc i pomogły zrzucić ponad 40 kg? Może upadek jest początkiem czegoś dobrego? Może nie warto szukać w nim tego co negatywne. Upadek może być początkiem czegoś wyjątkowego i fantastycznego.

Tego się trzymaj i nie pozwól, aby potknięcie odebrało Ci nadzieję na lepsze jutro. Niech Twoja słabość będzie Twoją motywacją.

Upadasz, podnosisz się, upadasz, podnosisz i wygrywasz. Proste.  Grubaska

Grubaska.

 

7 myśli na temat “Moja metamorfoza: WZLOTY I UPADKI

  1. Słabość to najlepsze źródło siły. Często właśnie to, co najbardziej nas zawodzi, może stać się powodem do dumy. Moje ulubione zdanie mówi o tym, że czasami musimy upaść najniżej, jak się da, żeby odbić się mocniej, niż kiedykolwiek :)

    Zapraszam do mnie: http://www.awaria.blogspot.com :) Kilka słów o tym, co napisałam wyżej, o relacjach, o zmaganiach i o życiu :)

  2. Dziękuję Kala za tą dzisiejszą notkę. Jest w idealnym momencie dla mnie. Wczoraj przegięłam konkretnie, na jeden dzień znowu zaprzyjaźniłam się z nutellą. Dzisiaj mam brzuch jak bęben i bardzo zły nastrój. Jedzeniowo się ogarnęłam, ale mam najczarniejsze z możliwych myśli… :(

  3. Bardzo Cię podziwiam. Tyle razy już upadałam i się podnosiłam, niestety nie umiem jeszcze podnieść się na „stałe”. Ty to osiągnęłaś i jesteś dla mnie wzorem. Nie wiem skąd czerpiesz silną wole każdego dnia (domyślam się, jednak mimo wszystko musisz mieć ogromnie silny charakter), ale można tylko pozazdrościć!

  4. Kochana Twoja siłą i chęć walki udziela się i mi ją nadal walczę teraz i mam nadzieję że już na zawsze , za mną już 17 kilo i dużo centymetrów tu i tam jak ją się cieszę że trafiłam na Twój blog walcz walcz nasza inspiracjo a dzięki twoim upadkom z moich mi łatwiej się podnieść bo wiem że można i warto

  5. Ale fajne te Twoje notki! To jest dopiero prawdziwa motywacja i dobry sposób na odchudzanie, a nie te wszystkie reklamowane cud-specyfiki, które zapewniają, że schudniesz szybko i do wakacji będziesz miała już nową sylwetkę… Tak trzymaj :)

  6. Coś w tym jest, że każdy człek otyły musi trafić z dietą w „swój czas”. Czyli np jak powiedziała jedna z poprzedniczek sięgnąć dna. Ja swoje chyba osiągnęłam. Również trzeba tak dietować żeby nam z tym było okej, żeby chcieć jeść inaczej (jedni potrzebują do tego Konrada Gacy, innego dietetyka, grupy wsparcia a inni dają sobie radę zupełnie sami). TY jesz masło orzechowe i lody i masz cheat day raz na jakiś czas. A ja od początku postanowiłam, że w weekendy mogę sobie na coś tam pozwolić, czyli np na normalny obiad i ciastko u teściowej, żeby nie robić problemów sobie i innym. I kilka lat temu jak odchudzałam się z dietetykiem to niestety nie była „moja dieta” i jeszcze to nie było „to dno”. Zaczęłam 7 stycznia bieżącego roku. Za mną 12 kilo i za minimalną ilość kilogramów mój pierwszy cel czyli WAGA DWUCYFROWA:-). I faktycznie to dna den dno najgłębsze jest największą motywacją (niestety nie mąż bo on mnie kocha taką grubą, ale wszystkie stawy w nogach) a ten sposób odżywiania który obrałam pasuje mi, jest mi z nim dobrze. Jak mam chęć na wafelki na tygodniu to mówię sobie – wytrzymaj do niedzieli:-). I życzę każdemu żeby znalazł „swój czas” bo wtedy się po prostu udaje. I myślę, że świetna z Ciebie babka, bardzo często zaglądam tutaj i na Instagram. Szukam pomysłów na jedzenie wśród Twoich przepisów (zrobiłam już trzeci słoik sosu i ciągle śmierdzę czosnkiem:-)). I trzymam za nas wszystkich kciuki żeby się udało:-)!!!!!!!!!
    PS. Nie wiem czy ta wypowiedź trzyma się kupy ale strasznie chciałam się tym podzielić

Dodaj komentarz