Wracam do domu, czyli słów kilka o moim pobycie w Holandii, doświadczeniach, kilogramach i…radości ;-)

Witajcie Chudzinki!

Dziś wracam do Polski. Wracam na stałe, chociaż wiadomo, że w życiu różnie bywa i nie wiem gdzie w przyszłości poniesie mnie los. Wracam do domu po 7 miesiącach bycia, życia w Holandii. Wracam i zamykam pewien rozdział swojego życia. Wracam by rozpocząć nowy, ale nim to zrobię muszę rozprawić się z przeszłością, muszę podsumować czas, który spędziłam na obczyźnie. Pragnę podzielić się z Wami moimi sukcesami i porażkami. Chcę Wam opowiedzieć o swoich wzlotach i upadkach. Muszę się uzewnętrznić. Staliście się ważną częścią mojego życia więc zasłużyliście na kilka słów wyjaśnienia. Co robiłam, kiedy nie pisałam, kiedy byłam nieobecna w social mediach? Jak wyglądała moja aktywność fizyczna, dieta? Ile ważę? Jak się czuję? Kim jestem i dokąd zmierzam? Czego pragnę? Jakie mam cele i marzenia? Co się zmieniło? A oto moja historia…

Decyzję o wyjeździe do Holandii podjęłam z dnia na dzień. Miałam już dość poszukiwania pracy i bierności zawodowej. Potrzebowałam zmiany, urozmaicenia. Chciałam nowych doznań i wrażeń. Chciałam wreszcie zacząć zarabiać i przestać być utrzymanką rodziców. Odrzuciłam na bok strach przed nieznanym. Podjęłam dojrzałą decyzję i ruszyłam na zachód w poszukiwaniu przygody i pieniędzy. Moja dobra, wspaniała znajoma wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i wraz ze swoim chłopakiem (wówczas chłopakiem. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn! <3 ) pomogła zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Tak naprawdę gdyby nie oni, to nie zdecydowałabym się na wyjazd. Wiele im zawdzięczam i nigdy nie zdołam się im odpłacić za dobro, które od nich otrzymałam. Genialni ludzie, genialni!

6 maja rozpoczęłam pracę w… rzeźni. Początkowo pakowałam różne części ciała świnek do paczek, które wysyłane były do Chin. Schylałam się, podnosiłam ciężary i… mało jadłam. Byłam zestresowana, zmęczona i przerażona. Chciałam wracać do domu. Nie dawałam rady fizycznie i psychicznie. Przerażało mnie tempo pracy. Przerażał mnie fakt, że pracowałam na drugą zmianę, od godziny 14 do 24, a czasem nawet dłużej. Męczyło mnie spanie do południa. Brakowało mi czasu dla siebie, bo albo spałam, albo pracowałam. Nie potrafiłam się zorganizować. Wyjeżdżałam z Polski ważąc ok. 62/63 kg. W krótkim czasie uzyskałam na wadze upragnioną ‚5’. Uzyskałam upragnioną liczbę bez wielkiego wysiłku, bo ani nie ćwiczyłam, ani nie liczyłam kalorii, ani nie stosowałam żadnej diety. Po prostu z braku czasu i chęci – przestała normalnie jeść. W weekendy jadłam więcej, ale to nadal nie było to.

Z upływem dni, tygodni wdrążałam się w nowy bieg życia. Poznałam nowych ludzi, a w pracy postawiono mnie na innym stanowisku. Zaczęłam zmieniać swój plan dnia. Wstawałam wcześniej, aby móc spotkać się jeszcze ze znajomymi, pójść na miasto, przygotować coś do jedzenia, aby zrobić zakupy, poćwiczyć czy pójść na spacer. Spałam po ok. 5, 6 godzin, zamiast 12. Do pracy jeździłam rowerem, zaczęłam też nieregularnie ćwiczyć (bo lepsze nieregularne treningi niż zerowa aktywność fizyczna!): kręciłam hula-hopem bądź ćwiczyłam z wirtualnymi trenerkami. Wróciłam też do jedzenia więc i powróciłam do wagi z którą przybyłam do Holandii.

Zaczęłam jeść słodycze. A zaczęło się od tego, że chciałam spróbować to, czego nie było w Polsce. Wierzcie lub nie, ale holenderskie słodycze miażdżą system, można się zatracić w mnogości, w różności jaką serwują tutejsze sklepy. Totalny obłęd. Najgorsze i chyba najbardziej zgubne było jedzenie po powrocie z pracy. Ostatni posiłek jadłam ok. 1 w nocy, co nie było dobre dla mojego organizmu. W ogóle praca w zimnie, w chłodni sprawiała, że ciągle byłam głodna. Zaczęłam jeść 6 posiłków dziennie: 2 przed pracą (śniadanie i obiad), 3 w pracy i 1 po. Czasami liczyłam kalorie, a czasami miałam to gdzieś. Raz jadłam zdrowo, a raz nie. Miałam takie zrywy, że na zmianę – pilnowałam diety albo jadłam co mi wpadło w ręce. Ogarnęła mnie taka myśl, że przecież skoro schudłam jedząc wszystko, to nic mi się nie stanie jeśli od czasu do czasu, będę dodawała do swojego menu batonika bądź inną, średnio-zdrową przekąskę (umiar przede wszystkim!). Waga jakoś się utrzymywała i pewnie nadal by tak było, gdyby nie fakt, że pewnego razu…

Ktoś zabawił się moimi uczuciami. Ktoś ze mnie zakpił. Ktoś sprawił, że poczułam się jak… nikt, jak zero. Ktoś potraktował mnie jak zabawkę. Szukałam ukojenia w jedzeniu. Szukałam pocieszenia w jedzeniu. Nie patrzyłam już na umiar, którym dotychczas się kierowałam. Jedzenie było dla mnie chwilową ulgą. Jadłam, jadłam, jadłam. I wtedy też zauważyłam, że ubrania nie były już takie luźne, że zaokrągliłam się na buzi. Jakoś nie potrafiłam sobie poradzić z bólem, który zagościł w moim sercu. Nie potrafiłam też odizolować się od tego, co zaczęło szkodzić mojemu organizmowi. Przez 2 miesiące próbowałam znaleźć właściwą drogę…

Jakiś czas temu, zupełnie niespodziewanie, pojawił się w moim życiu ktoś, kto rozświetlił mroczną rzeczywistość. Pojawił się ktoś, kto nadał sens temu wszystkiemu, co mnie otacza. Ktoś, dla kogo pragnę być sobą, lepszą sobą. Ktoś, dla kogo czuję się piękna i wyjątkowa, nawet z tymi kilkoma dodatkowymi kilogramami. Ten ktoś sprawił, że znów się uśmiecham. Ten ktoś sprawił, że wróciły mi chęci do życia. Znów chcę walczyć, chcę pokonywać swoje słabości. Tak, tęskniłam za dawną Kalą. Cieszę się, że znów jestem po prostu sobą. Dziękuję też Bogu, losowi, przeznaczeniu, że postawił na mojej drodze człowieka, który dał mi poczucie bezpieczeństwa, który pokazał mi, że słabości nie są wadami, a raczej naszą siłą. Mam przy sobie kogoś, kto jest moją energią, wiarą i nadzieją.

Wiecie, troszkę przerósł mnie też fakt, że pewnym stopniu stałam się osobą publiczną, że stałam się dla innych motywacją. Przerósł mnie fakt, że zostałam poddana ocenie innych, że każdy patrzy na mnie przez pryzmat liczb na wadze. To mnie też troszkę pogrążyło w tym trudnym etapie mojego życia. Nie motywowała mnie myśl, że inni na mnie liczą. Chciałam być szczupła, chciałam być wzorem, ale im częściej to analizowałam, tym bardziej popadałam w paranoję.

Cóż… Wracam do Polski z nadbagażem kilogramowym. Ważę 66 kilogramów. Przeszła mi przez głowę myśl, głupia myśl, bardzo głupia myśl. Chciałam zacząć się odchudzać jakąś beznadziejną i nierozsądną dietą. Chciałam sięgnąć po dietę Dukana, bądź przejść na jakąś dietę oczyszczającą. Chciałam szybko schudnąć. Bo przecież jak mogę wrócić do kraju z kilkoma kilogramami więcej. Ja? Grubaska z małego miasta, która tyle osiągnęła, w której nadzieję pokładało tyle ludzi..? Bo jak mogłabym wrócić do pisania i motywowania skoro sama poniosłam małą klęskę?

Nie, nie zamierzam popaść w skrajność. Nie tego chcę. Owszem, pragnę mieć ‚5’ na wadze, ale nie za wszelką cenę. Nie ważne, czy stanie się to w tym roku, czy następnym. Nie stawiam sobie limitu czasowego. Małymi kroczkami do celu. Bez głupich pomysłów. Rozsądnie i z uśmiechem na twarzy spełnię swoje pragnienie, spełnię swoje marzenie.

Nie czuję się przegraną. Nie czuję się nieudacznikiem. Jestem tylko człowiekiem, który zboczył ze ścieżki, którą kroczył. Jestem tylko człowiekiem, który miał chwilę zwątpienia. Jestem tylko człowiekiem, który upadł, ale który chce, który pragnie wrócić ze zdwojoną siłą, który pragnie pokazać, że mimo porażek, nie wszystko jest jeszcze stracone. Jestem tylko człowiekiem, który czasem podejmuje złe decyzje. Jestem człowiekiem, który walczy do samego końca. Tak, jestem silna – mimo wszystko.

Wierzę w to, że pokonam batalię ze swoimi słabościami. Wierzę, że jeszcze wygram tą walkę ze samą sobą.

Wracam do domu. Wracam ciężka o 4/5 kilogramów tłuszczyku. Wracam cięższa o milion kilogramów szczęścia. Tak, jestem cholernie szczęśliwa ;-).

Dziękuję Ci Holandio za to, że pokazałaś mi, że można żyć inaczej, że pokazałaś mi tyle pięknych miejsc, że pozwoliłaś mi odkryć tyle nowych smaków.

Dziękuje Bognie, Wiktorowi i Madzi za to, że pokazali mi dobrą stronę tego kraju, że zawsze byli i są dla mnie niczym rodzina, że ocierali łzy, kiedy los okrutnie mnie potraktował, że dali mi schronienie, że dali mi mnóstwo radości i pozytywnej energii, że traktowali mnie jak przyjaciółkę, jak członka rodziny. Dziękuję za wszystko.

Dziękuję Anicie, Robertowi, Sarze, Ewelinie i Kasi za to, że sprawili, że praca, którą wykonywałam była znośna. Dziękuję, że byliśmy zgraną ekipą – do tańca i do różańca. Dziękuję za wszystkie szalone spotkania, rozmowy, spacery i tańce. Dziękuję, że zawsze mogłam na Was polegać.

Dziękuję Mateuszowi za to, że przepędził mrok z mojego życia, że sprawił, że wszystko co było we mnie połamane, wróciło na swoje miejsce, że pokazał mi, jak wygląda szczęście. Mati, dziękuję, że każdego dnia sprawiasz, że na mojej twarzy gości uśmiech. Dziękuję za to, że mnie dopingujesz, motywujesz i wydobywasz ze mnie to co najlepsze. Dziękuję, że zechciałeś być częścią mnie, częścią mojego życia. Dziękuję, że… jesteś <3 Jesteś moją ostoją, moją bezpieczną przystanią, jesteś moim szczęściem. Jesteś wspaniały i niezastąpiony. Dziękuję, że pozwoliłeś mi na nowo uwierzyć… <3

Dziękuję moim rodzicom za wyrozumiałość, wsparcie i bezwarunkową miłość. Dziękuję, że zawsze, absolutnie zawsze mogłam i mogę na nich polegać. Dziękuję za dom pełen ciepła i miłości. Dziękuję, że mam dokąd wracać z radością w sercu i uśmiechem na twarzy.

Dziękuję moim przyjaciółkom za cierpliwość, za podtrzymywanie mnie na duchu, kiedy nie dawałam już rady i chciałam wracać. Dziękuję za to, że odległość nie stanowiła dla nas bariery, że kilometry nie osłabiły naszej więzi. Właśnie tak powinna wyglądać przyjaźń. Pysia, Ewela, Asia – jesteście moimi aniołami, na dobre i na złe, na zawsze, dziękuję.

Dziękuję reszcie moim znajomym (Majenka, Jusia, Kinia, Agacia, Cnotuś, Elcia, Soliszki <3, Karolka) za kontakt, za ciepłe słowa, za rozmowy, dobre rady, kiedy byłam poza granicami Polski.

Dziękuję moim czytelnikom, że cierpliwie czekali na nowe wpisy, że pytali co u mnie, że martwili się, kiedy milczałam.

Wracam do domu. Wracam bogatsza o nowe doświadczenia. Wracam i brnę dalej, zatrzymując w pamięci piękne wspomnienia. Zaczynam nowy etap swojego życia i jestem podekscytowana tą sposobnością. Zamierzam zrzucić kilogramy, które przypętały się (zupełnie bezsensownie i niepotrzebnie!) w Holandii. Zamierzam powrócić do dawnej formy i odzyskać dobrą kondycję. Chcę ponownie pisać i motywować. Chcę się dokształcać, rozwijać. Każdego dnia chcę stawać się lepszą wersja siebie, tak po prostu.

Jestem Kala, jestem czyjąś córką, przyjaciółką i dziewczyną. Jestem Kala i jestem szczęśliwa. Wracam do korzeni <3 Trzymajcie za mnie kciuki i życzcie mi powodzenia.

p.s: wrócę na Insta, jak tylko kupię sobie telefon ;)

Grubaska.

39 myśli na temat “Wracam do domu, czyli słów kilka o moim pobycie w Holandii, doświadczeniach, kilogramach i…radości ;-)

  1. Uwielbiam czytac Twoje wpisy.. sa pełne ciepla i motywacji.

    Kazdemu z nas zdarza sie pogubic, moec gorszy czas w zyciu, ale wiesz co jest wazne?zeby sie nie poddawac, zeby isc do przodu,zebrac się do kupy i nie watpic. Kazdy z nas upada, czasami trzeba chwile polezec zeby odpoczac, nabrac dystansu i ruszyc z kopyta do przodu. Dodatkowymi kg sie nie martw, powoli spadna. :-) zobaczysz, glowka do gory Kochana :-)

  2. Kajuś! W końcu znalazłaś miłość! Nigdy nie narzekałaś na jej brak, ale pewnie bardzo jej potrzebowałaś! Kilka kilogramów więcej? A kogo to obchodzi! Najważniejsze co mamy w serduchach, a kto jak kto Ty zasłużyłaś na to, żeby być kochaną! Cieszę się Twoim szczęściem i życzę wielu wspaniałych chwil z Mateuszem! <3 P.S. Mateusze są fajne- wiem coś o tym, mój to też Mateusz ;)

  3. Kochana! Rozplakalam się czytając Twój wpis. Bardzo mi Milo że mogłam być z Tobą przez te 2msc, w tych smutnych jak i szczęśliwych chwilach, wierze że na Holandii się nie skończy, i będziemy miały wspaniały kontakt tak jak do tej pory!!!!!

  4. Jeeeej, nawet nie wiesz ile znaczy dla Twoich czytelników każda Twoja aktywność! Właśnie zaczynał mnie łapać dołek i nagle… Twoje logo na tablicy fb podniosło mnie na duchu! Sam jego widok wystarcza abym znowu złapała fit motywację :) Wiem, że dasz radę! Tylko proszę, nie pisz że to walka z samą sobą! To przecież troska o siebie :)

  5. Like it :) Będzie już tylko do przodu.
    Szacun, że wytrzymałaś w tej rzeźni. Jestem wegetarianką od 17 lat i chyba bym zemdlała :) Jestem pełna podziwu!

  6. Kala jak dobrze znowu cię czytać.. bardzo mi brakowało ciebie przez te miesiące! Powiem coś głupiego, coś co pewnie ciebie zaboli…. cieszę się z twoich kilku dodatkowych kg bo… znowu będziesz dla nas natchnieniem i znowu będziesz miała motywację (i tym samym nas motywowała). Witaj Kalo w domu!!!

    1. Oj tam, nie zabolało mnie to hehe ;-)
      Też się cieszę, że jestem w domu. Dziękuję za miłe przyjęcie :D

  7. Milego powrotu do Polskiej rzeczywistosci ale majac milosc przy sobie bedzie z pewnoscia bezbolesny. Ja w ciagu prawie 12 lat w Belgii przytylam 18 kg a moze i 20kg i nie moge ich zrzucic jestem po prostu za slaba na belgijskie i holenderskie pokusy – dobrobyt mnie gubi ale oczywiscie bedzie styczen i kolejne postanowienia. Teraz jestem 6 kg na plusie do wagi ze stycznia tego roku… A mialo byc tak pieknie……….. Powodzenia w Polsce, spelniaj marzenia, ciesz sie miloscia i kg na pewno znikna jak juz nacieszysz sie polskim jedzonkiem :)

  8. Nasza Kochana trzymam kciuki ja też błądzę ale od dzisiaj i ja wracam na dobry tor życzę dużo wytrwałości miłości szczęścia i czekam na twoje wpisy tęskniłam pa

  9. Fajnie, że do Nas wracasz. Wiesz co jest w Tobie najlepsze? Właśnie to, że nie jesteś idealna. Masz wzloty i upadki, tak jak każda z Nas. Dzięki temu mi też łatwiej walczyć o siebie. Bo widzę, że nie tylko ja mam chwile słabości. Najważniejsze jest to, żeby zawsze się podnieść i wrócić na właściwą drogą. Fajnie, że wracasz na bloga, brakowało mi Twoich notek. Czekam na więcej, a teraz biorę się za trening! :)

    1. Właśnie – wszyscy upadamy, ale wiesz co? Upadamy po to, aby podnieść się i walczyć ze zdwojoną siłą. Będzie dobrze. Damy radę, bo jak nie my to kto? :)

  10. Witam serdecznie ale doswiadczenie takie JEST ZYCIE rozumiesz juz wszystko zycie to taki kogel mogel zakrecone sytuacje a nie udana milosc to prawo Twojego wieku !rozumiesz ?dobrze ze umiesz dostrzec ze cos nie tak ,reagujesz prawidlowo !zycze Tobie szczescia )))))))))jak czytalam podziekowania to sie poplakalam moj boze chyba sie zestarzam !hi,hi sciskam p.Gosia

    1. Ojj jak ja za Panią tęskniłam <3
      Po niepowodzeniu przyszło piękne uczucie. Warto było zostać zranionym, aby doświadczyć tego, co teraz doświadczam. To mnie uskrzydla i dodaje chęci do działania, do wszystkiego. Jest dobrze. Dziękuję za wsparcie – nie tylko dzisiaj, ale zawsze. Jest Pani niesamowita ;)

  11. Super wpis. A można wiedzieć czemu wracasz z Holandii? Sama rozważam wyjazd tam.. jak ze znalezieniem pracy? Ciężko? Z tego co napisałaś życie tam Ci się podobało :) ? Pozdrawiam serdecznie.

    1. Bo już miałam dość Holandii, nie tyle, co kraju, ale pewnych sytuacji. To był mój limit psychiczny ;-) Podobało mi się, ale z biegiem czasu dużo rzeczy i spraw mnie denerwowało. Muszę odpocząć. Może tam wrócę, ale póki co muszę odpocząć :P

  12. KALA! CHWAŁA BOGU! dobrze, że jesteś :) Miłośc uskrzydla, ale najczęściej doceniamy ją dopiero po ogromnym zranieniu, które rzutuje cieniem na nasze decyzje. Może wracasz cieższa, ale czym by było życie naszej kochanej „grubaski” bez wyzwań? :) powiedz mi Kochana, co Ty byś robiła teraz gdybyś cały czas miała „5” na wadze? ;) Kochamy Cię jako Grubaskę z „5”, z „100” i z „6”! :) Wracaj, zasypuj nas miliardem zdjęć, pomysłów i szczęściem :) WITAJ W DOMU!

  13. No cześć ♫. Według kalkulatora BMI masz dobrą wagę. Jak chcesz – ćwicz. Ale bloga nie opuszczaj :c. Ja tam mam już swoje 33 kilogramy :). Jestem z siebie DUMNA, że niedowagi koniec się zbliża, a u Ciebie, co tam? Napisz na blogu lub tutaj ;)
    Pozdrawiam, Gośka

    1. Waga ok, ale czułabym się lepiej gdybym zrzuciła z 3 kilogramy. Ubrania mogłyby się zrobić ciut luźniejsze hehe.
      Gratuluję Kochana. Dobrze, że jesteś, bo powinnaś być dumna, nawet baaaardzo :*

  14. Wspaniale że wróciłaś, nie mogłam się doczekać nowego postu :)
    To jest w Tobie cudowne, że potrafisz przyznać się do własnych słabości i że chcesz z nimi walczyć w rozsądny sposób
    Trzymam kciuki za „5” i Twoje szczęście z Mateuszem :)

    1. Trzeba wziąć lekcję z życia i działać, i się nie poddawać ;-).
      Dziękuję serdecznie <3

  15. Cześć :) Masz bardzo ładny kolor włosów. Możesz mi powiedzieć jakiej farby używasz ? Są śliczne :) Będę bardzo wdzięczna za odpowiedź i… trzymam bardzo mocno kciuki za Ciebie ! Osiągnęłaś tak dużo już , że powinnaś być z siebie dumna nawet jak kilka kg wróciło. Jesteś również i moją inspiracją :) Pozdrawiam

    1. Witaj Kochana ;-)
      Włosy farbowałam u fryzjera więc niestety nie mogę odpowiedzieć na Twoje pytanie, bo zwyczajnie w świecie nie wiem jakiej farby używał.
      Buziaczki ;*

Dodaj komentarz